3 listopada 2017

Księga życia

Tytuł zobowiązuje, chociaż to film :) Podobnie jak okoliczności - trwa czas wspominania zmarłych. Dzisiaj docierają do nas inne - niż słowiańska - tradycje obchodzenia pamięci o tych, co odeszli. Oczywiście najpopularniejsze jest Haloween, ale coraz częściej słyszy się także o meksykańskim Dia de Muertos, polegającym na festiwalowym ujęciu tematu śmierci. I do tej tradycji nawiązuje film z 2014 roku pt. Księga życia. 
Nie będę rywalizowała z Filmwebem, bo jest lepszy ode mnie, dlatego zainteresowanych odsyłam na stronę http://www.filmweb.pl/film/Ksi%C4%99ga+%C5%BCycia-2014-683515#. 
Film polecam. Reżyser: Jorge R. Gutierrez razem ze scenarzystą: Douglasem Langdale`m stworzyli barwną, opartą na meksykańskiej tradycji, wizję zaświatów, w których istnieją dwie krainy: Kraina Zapomnianych i Kraina Pamiętanych. Ci ostatni w Dzień Zmarłych spotykają się z żywymi bliskimi na swoich własnych grobach. Nota bene, groby są kolorowo przystrojone, obstawione jedzeniem (słowiańskie dziady!).
Film rozpoczyna się wizytą grupki dzieci i nastolatków w muzeum. Zwiedzający uważają, że to najnudniejsze miejsce na świecie. Lecz tajemnicza pani przewodniczka szybko wyprowadza ich z błędu. Otwiera Księgę Życia i wprowadza młodzież w świat dwóch potężnych bóstw: La Muerte i Xibalby. Założyły się one o to, który z chłopców - Manolo czy Joaquin poślubią piękną i mądrą Marie (kiedy dziewczyna wraca z Europy, krążą o niej plotki, że czyta książki dla przyjemności!). Sprawa nie toczy się jednak o miłość. Chodzi o dojrzewanie, o zrozumienie wśród najbliższych, o odwagę bycia sobą. Doceniam, że ktoś postanowił oswoić dzieci z tematem śmierci. Podobała mi się także animacja - bohaterowie wyglądają jak drewniane kukiełki, co naprowadzało mnie na motyw "życie-scena", ale chyba niezamierzony przez twórców. 

2 listopada 2017

M jak dżem

Bohaterka ma lat 13, ale mnie się wydaje, że już 11-latka może to czytać.
Powieść Agieszki Tyszki dotyczy problemów z jakim może się stykać współczesna nastolatka. Pierwszy to mobbing w szkole i w klasie. Główna bohaterka – Nela – jest prześladowana przez koleżanki z klasy. Agnieszka Tyszka postanowiła ośmieszyć agresorki i z dużym poczuciem humoru naśladuje idiotyczne odzywki dziewczyn, zafascynowanych tasiemcowymi serialami. Smutne jest to, że pani dyrektor szkoły wcale nie pomaga Neli, wprost przeciwnie – okazuje się głupkowatą i leniwą personą. Książka powstała 10 lat temu. Z walką z mobbingiem jest już na szczęście nieco lepiej – społecznie rozpoznaliśmy to zjawisko i zyskaliśmy narzędzia prawne do walki z nim.
Nela zmaga się nie tylko z koleżankami. Tęskni za swoim tatą, który nie chce utrzymywać z nią kontaktu. Mama Neli po raz drugi wyszła za mąż i jest szczęśliwa w tym związku. Nela również ma doskonałe kontakty z ojczymem.
Pewnego dnia Nela spotyka 80-letnią Panią Lilę, która pasjami przygotowuje domowe przetwory, w tym tytułowy dżem. Pani Lila, podobnie jak Nel, przeżywa rodzinne kłopoty. Jej dorosła córka nie chce utrzymywać kontaktu z mamą, separuje także od babci jej wnczkę. Tzw. światowe życie (symbolizowane przez wyjazd na narty w czasie Bożego Narodzenia) jest dla niej ważniejsze. Oczywiście Agnieszka Tyszka nie pozostawia wątpliwości po czyjej stronie stoi. Nie do końca są to jednak takie klasyczne wartości, bo np. babcia Neli, niechętna wnuczce, została przedstawiona jako skończona dewotka, niepotrafiąca wcielić w życie nauk Chrystusa.

Ostatecznie Nela decyduje się wysłać tacie swój notatnik/pamiętnik. Robi to w odpowiedzi na dosyć oschły mail od ojca. Postanawia jednak wyjść szczęściu naprzeciw. Jest bowiem mądrą, wrażliwą i odpowiedzialną dziewczynką. Polecam.  

31 października 2017

Calineczka












W "Biedronce" znalazłam uroczą Calineczkę wydaną przez oficynę Jedność z Kielc. Tekst Andersena zaadaptowała pani Barbara Żołądek, a autorką delikatnych, pastelowych ilustracji jest pani Ola Makowska. Książka ma format albumowy, format A2, twarda okładka z papierową obwolutą, kredowy, gładki papier. Polecam. 

28 października 2017

Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy. Anna Dziewit-Meller

Książka ma formę przewodnika-gawędy. O fantastycznych kobietach opowiada nam pierwsza z bohaterek: Henryka Pustowójtówna. Cel publikacji został wyjaśniony na samym początku słowami włożonymi w usta dzielnej powstanki: Ten plan to pokazać ci moje koleżanki. Żebyście się poznali – i może polubili. (...) Nieraz już o tym rozmawiałyśmy w swoim gronie – że ty nic o nas nie wiesz! A przecież my jesteśmy. Siedzimy takie smutne i samotne gdzieś za pożółkłych ze starości kartach książek (...) Wycieczki szkolne jakoś nas omijają, zawsze idą tam gdzie są chłopaki, a na nas opadają kurz i okruszki czipsów.

W książce znajdziemy galerię postaci kobiecych: niektóre są już szerzej znane, niektóre zupełnie nie, jak np. Barbara Hulanicki.
Anna Dziewit-Meller przybliża nam życiorys Henryki Pustowójtówny, Świętosławy, Jadwigi Andegaweńskiej, Elżbiety Drużbackiej, Magdaleny Bendzisławskiej, Narcyzy Żmichowskiej, Simony Kossak i kilku innych.
Książkę czyta się bardzo szybko. Nie ma mowy o suchej dydaktyce, teksty są krótkie, napisane młodzieżowym językiem, może czasem nawet zbyt kolokwialnym :) Autorka prostym językiem wyjaśnia zawiłości polskiej historii: Wyobraź sobie, że to był czas, kiedy Polski nie było na mapie. Inne kraje wzięły sobie po kawałku naszego i nie chciały za nic nam ich oddać. Mówiono o tym rozbiory. Niespecjalnie mi się to podobało. Zresztą nie tylko mnie. Było nas trochę, tych mocno niezadowolonych. O wojnie pisze w sposób inny niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni przez dominujący pogląd ukształtowany w kulturze patriarchalnej: Paskudna jest wojna i niech nikt nie myśli inaczej, bo dostanie ode mnie fangę w nos.
Po omówieniu każdej postaci umieszczono słowniczek z pojęciami związanymi z prezentowaną biografią, np. po prezentacji Świętosławy można sobie poczytać co to jest saga albo kim byli wikingowie, a po Narcyzie Żmichowskiej – o feministkach i feministach. Niezwykle przyjemna dla oka jest kreska pani Joanny Rusinek: inteligentne i zabawne obrazki tworzą spójny przekaz.
Nie ma mowy o całościowym ujęciu biografii, Autorka książki wybiera fragment obrazujący dokonania konkretnej kobiety, resztę omawiając skrótowo albo po prostu urywając wątek. Nieustannie także zadaje pytania w stylu: Jakbyś się czuła, gdybyś nie mogła się uczyć, studiować, być np. oceanografką? Podkreśla bezsens nierówności płciowej, zwraca uwagę, że nadal te nierówności istnieją. Zachęca również do samodzielnych poszukiwań informacji o kobietach z książki. Wraz z uwagami o tym, że ludzie stanowią jedność ze zwierzętami oraz że nie wolno nikogo dyskryminować – stworzyła spójny obraz świata zbudowanego na fundamencie sprawiedliwości, wolności, życzliwości, szacunku dla innych, użyteczności społecznej, pracy i pokoju. Gdyby świat był rzeczywiście tak zbudowany, żyłoby nam się lepiej, prawda, dziewczyny? No to do dzieła!


13 października 2017

Książka na jesień


Nelly Rapp i szamanka - Martin Widmark, Christina Alvner

Tym razem tematem są duchy, zombie i voodu. Jestem temu przeciwna, dlatego nie będę się specjalnie rozpisywała. Fabuła jest następująca: rodzice Nelly wybrali się do karaibskiej restauracji na kolację. Tam mama Nelly wypiła napój zatytułowany "Ucieczka dusz". Okazało się, że właścicielka restauracji zamienia ludzi w zombie, aby dla niej pracowali. Do tego trzyma w skrzyni laleczki voodo i za ich pomocą wyrządza krzywdę ludziom, których symbolizują. 
Nelly ma amulet egipski, chroniący ją przed czarami, dlatego bez problemu uwalnia mamę i innych ludzi od czarów. Nie podoba mi się zarówno tematyka, jak i użyty język. Wydaje mi się, że tłumacz nie dołożył należytej staranności w doborze słów. Nelly mówi np. do starszego pana: Patrz, jak idziesz! - co w języku polskim brzmi niegrzecznie. Nie podobała mi się także uwaga Nelly, że jej tata, gdy patrzy na ładną kobietę, ma w oczach coś, co przypomina wygląd psa, który zauważył suczkę. Moim zdaniem to wulgarne i nieodpowiednie dla dzieci. 
I na koniec jeszcze jedna scena: mama Nelly wymierza swojemu mężowi siarczysty policzek za to, że zauroczyła go ładna miss Thompson. No, nie. Dla mnie nie do przyjęcia. NIE POLECAM. 

16 września 2017

Atlas smaku

Dzisiaj gotowanie jest niezwykle modne. Dobrze, jeśli idzie za tym wiedza. A to oferuje wydawnictwo Olesiejuk. Grafika przypomina mi tę, jaką wyróżniała się kiedyś oficyna Dwie Siostry. Bardzo dużo drobnych rysunków, prosta kreska, obok podstawowe informacje, tak, aby nie zanudzić.
Atlas smaku, zgodnie ze słowem kluczowym, został podzielony na kontynenty i państwa. Na ogromnych mapach umieszczono potrawy, owoce, różne składniki jedzenia charakterystyczne dla omawianego regionu. Można się w to wczytywać, a nawet "wwąchiwać", ponieważ tak smakowicie wyglądają prezentowane zioła, ciastka, mięsa i zupy oraz wiele innych rzeczy. Przy każdym państwie znajduje się notatka i flaga, a przy niektórych składnikach wyjaśnienie pochodzenia, np. na stronie poświęconej Francji przeczytamy o bagietce i serze reblochon. Mówiąc krótko, edukacja w najlepszym wydaniu. Polecam.

2 września 2017

Kopciuszek z ilustracjami Khoa Le





Pisanie w kółko, że książki oficyny Olesiejuk z ilustracjami Khoa Le są piękne, jest już nudne. Nic jednak nie poradzę na to, że są piękne: harmonijne, stosowne i przejrzyste. Całkowicie wyczerpują moje potrzeby estetyczne. Trzeba na nie po prostu patrzeć. 

Dodam jedynie, że baśń Charlesa Perraulta zaadaptowała pani Elżbieta Adamska, i zrobiła to bardzo dobrze. 
Piękna, piękna książka.